poniedziałek, 23 maja 2011

A jednak żyje - trylogia [4/10]


Trzyodcinkowa, antyaborcyjna dysputa Larry'ego Cohena dziwnie na przestrzeni lat ewoluowała:  pierwszy film, nakręcony jeszcze w 1974,  to niskonakładowa, ale ambicjonalna pozostałość po "Dziecku Rosemary", podczas gdy ostatni, z roku 1987, bezwstydnie ociera się o pełnokrwisty camp. 

Cohen, popularny niegdyś scenarzysta telewizyjny i reżyser filmów blaxploitation, nakręcił "A jednak żyje" dla Warner Bros za niemałe - jak na jego ówczesne doświadczenia - pieniądze, które obskurny, niskobudżetowy horror podniosły do studyjnej średniej. 

Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że przy horrorze Cohena swoje pierwsze kroki stawiał charakteryzator Rick Baker, dziś mający na koncie siedem Oscarów, a ścieżkę dźwiękową napisał nadworny kompozytor Hitchcocka Bernard Herrmann. Oglądane po latach "A jednak żyje!" trzyma się w gatunkowych ryzach głównie dzięki ich staraniom: chwytliwy motyw przewodni i złośliwe kadrowanie upiornego noworodka (a to rączka, a to ząbek, zawsze na ułamki sekund) raz po raz ożywiają ospałą, rozlaną narrację. Napięcie towarzyszące oczekiwaniu na fizjonomię potwora okazuje się w pewnym momencie clou seansu. Czy to już, czy już?

Szczęśliwie, świadomość, iż w drugiej odsłonie cyklu podobny chwyt nie mógłby zadziałać, pozwoliła cały schemat urozmaicić. Kontynuacja wykracza poza typowo gatunkowe oczekiwania, stając się nieskomplikowaną dyskusją na temat ochrony życia poczętego. Zabić potwora, czy nie? Myśli? Czuje? Czy można go uczyć, wychować? Kto decyduje o jego życiu? W części trzeciej, zrealizowanej w późnych latach osiemdziesiątych, dylematy te zahaczają o absurd: nakazem sądu ocalałe noworodki  zostają pozostawione przy życiu na bezludnej wyspie.

Cohen nie szuka na siłę granicy oddzielającej człowieka od bezmyślnego stworzenia, ale też nie ukrywa po czyjej stronie się opowiada. Każda z par, którym urodziły się zdeformowane dzieci, ma na koncie  doświadczenia z antykoncepcją, niedoszłą aborcją albo przynajmniej poważne wątpliwości dotyczące rodzicielstwa. Czy ich perypetie z niechcianymi noworodkami są w tym kontekście przewrotną zemstą natury?

Naiwny, konserwatywny koncept reżysera sprawdza się tak długo, jak długo nie zostaje wyartykułowany wprost. W dwóch pierwszych odsłonach serii Cohen przerabia po prostu czyjeś filmy, dopowiadając im swoisty epilog: jedynka to "Dziecko Rosemary", dwójka - "Wioska przeklętych". Przyczyna powtarzającego się zjawiska (już w finale pierwszej części dowiadujemy się, że podobny niemowlak przyszedł na świat także w innej miejscowości) nigdy nie zostaje dookreślona, pozostając na łasce ówczesnych lęków związanych z testowaniem broni bio-nuklearnej czy szkodliwym działaniem leków (skandal z mutagennym Talidomidem pasuje tu jak ulał).

Problemy zaczynają się w ostatnim odcinku, "Wyspie żyjących", gdzie wsparta eksploatywnym charakterem całej produkcji teza jest już jednoznaczna: winę ponosi producent pigułek antykoncepcyjnych, a czujące i niechciane dzieci ponad wszystko pragną rodzicielskiej miłości.

Ale niesławny finał serii to już materiał na zupełnie inny wpis.

O wydaniu dvd

W 2009 Warner połączył wydanie pierwszej części filmu z dwoma pozostałymi i wypuścił na rynek wydawnictwo typu triple feature. Do każdego z zawartych w wydaniu filmów dołączony jest komentarz Larry'ego Cohena (mówi ciekawie, ale czasami zdarzają mu się wielominutowe przerwy) i zwiastun kinowy. W Polsce żadna z części nie ukazała się na dvd.

Info: 1974/1978/1987, It's Alive/It Lives Again/It's Alive III: Island of the Dead , USA, reż. Larry Cohen
Wydanie: amerykańskie, 2009, It's Alive Collection, Warner
Obraz: 1.85:1
Dźwięk: angielski 2.0
Napisy: angielskie, francuskie, hiszpańskie
Dodatki: Commentaries by writer/director Larry Cohen, Theatrical Trailers
Czas: 91/91/95 minut
Dostępność w Polsce: brak

niedziela, 8 maja 2011

Zakochana złośnica [4/10]

 
Niesamowite szczęście mieli twórcy "Zakochanej złośnicy" - w głównych rolach udało im się obsadzić nieprzeciętnie utalentowanych, ale mało wówczas znanych młodziaków. Jedni swoją szansę wykorzystali, jak Heath Ledger czy Joseph Gordon-Levitt, i poszybowali w kierunku wielkiej kariery, dla innych zaś, jak w przypadku Julii Stiles, była to popularność chwilowa. Cała trójka zagrała jednak koncertowo, ratując tę w gruncie rzeczy niezgrabną i niedoreżyserowaną profanację Szekspira przed całkowitą katastrofą.

Oglądana po latach "...złośnica" to przede wszystkim dwie sceny: "Can't Take My Eyes Off Of You" śpiewane przez Ledgera na boisku i wiersz odczytany w klasie przez Stiles. Dwa skrajne ładunki emocjonalne, dwa popisy aktorskiego sznytu, dziś fetyszyzowane przede wszystkim przez fanatyków zmarłego Ledgera.

Sam film jest jednak zaskakująco niezgrabny, płynący na opadającej już wtedy fali post-Luhrmannowskich uwspółcześnień Szekspira, a jednocześnie niepotrafiący konsekwentnie go zinterpretować. Farsa to czy pean? Sprawę rozjaśnia sam reżyser, który w dokumencie o powstawaniu swojego pełnometrażowego debiutu przyznaje z rozbrajającą szczerością: "Kupiłem sześć książek o kręceniu filmów i przeczytałem je od deski do deski.". Szczęśliwie, dzisiaj kręci głównie seriale.

O wydaniu dvd
 
Rocznicowa (dziesięciolecie filmu) edycja oferuje dwa retrospektywne dodatki: komentarz twórców i 35-minutowy making of. Oba całkiem treściwe, pełne faktów i anegdot, a jednak... niekompletne. Udziałem w nagrywaniu materiału suplementarnego nie byli zainteresowani Stiles, Gordon-Lewitt ani pozostali członkowie obsady, przez co zdecydowano się na wykorzystanie archiwalnych wypowiedzi promocyjnych.

Info: 1999, 10 Things I Hate About You, USA, reż. Gil Junger
Wydanie: polskie, 2011 (re-edycja), CD Projekt
Obraz: 2.35:1
Dźwięk: angielski 5.1, polski 5.1 i inne
Napisy: polskie, angielskie i inne
Dodatki: komentarz scenarzystek i aktorów, 10 Things I Love About 10 Thing I Hate About You 10 Years Later (35:06)
Czas: 93 minuty
Dostępność w Polsce: j.w.

sobota, 7 maja 2011

Sześć dni, siedem nocy [6/10]

 
Wiecie jak to jest: bohaterka hollywoodzkiej komedii nie może przeżyć upojnego romansu z nieznajomym, jeśli jej obecny facet czegoś nie przeskrobie. Dlatego w "Sześciu dniach, siedmiu nocach", ostatnim udanym (i jednym z nielicznych udanych w ogóle) filmie Ivana Reitmana, facet (David Schwimmer) wskakuje do łóżka ponętnej brunetki, gdy tylko dowiaduje się, że jego narzeczona (Anne Heche) zaginęła w katastrofie lotniczej.

Przechyliwszy szalę naszej sympatii na jej stronę, twórcy filmu pozwalają przeżyć swojej bohaterce egzotyczną przygodę z przystojnym awanturnikiem (Harrison Ford). Co ciekawe, do konsumpcji pęczniejącej od sensualnych doznań relacji nie dochodzi. Gdy rozbijają się na bezludnej wyspie i w gruncie rzeczy zakochują w sobie, ona stwierdza, że na lądzie czeka na nią narzeczony, a on... to szanuje! 

Przyjemnie cnotliwa komedyjka Reitmana z jednej strony przywodzi więc na myśl staromodne hollywoodzkie klasyki, ale już z drugiej jest bardziej wyzwolona od większości komedii współczesnych (dodajmy, że chodzi o te szablonowe, studyjne produkcje, a nie np. o filmy Apatowa). 

Można tu usłyszeć "Fuck you!", pomimo ograniczenia wiekowego PG-13, morscy piraci (ależ trio: Temuera Morrison, Cliff Curtis i Danny Trejo) nie tylko groźnie wyglądają, ale też mordują bez litości, a jedną z najbardziej zapadających w pamięci scen jest ta, w której Ford wyjmuje z ciasnych i przemoczonych spodenek Heche... jadowitego węża. "Lepiej, żebym nie widziała jak się uśmiechasz" - mówi nieco zawstydzona, ale bynajmniej nieodczuwająca fizycznego dyskomfortu bohaterka. 

Cóż, nie ma to jak oldschoolowy seks!

O wydaniu dvd

Na zachodzie film ukazał się bez dodatków. U nas, tak w dniu właściwej premiery (2004) i obecnej reedycji - także. Dźwięk pięciokanałowy, obraz nieanamorficzny.

Info: 1998, Six Days, Seven Nights, USA, reż. Ivan Reitman
Wydanie: polskie, 2011, CD Projekt
Obraz: 2.35:1
Dźwięk: angielski 5.1
Napisy: polskie, angielskie
Dodatki: brak
Czas: 98 minut
Dostępność w Polsce: j.w.

środa, 27 kwietnia 2011

Prawda przeciw prawdzie [6/10]


Pięknie sfilmowany remake "Rashomona" Kurosawy traci szansę, by stać się jego zachodnim kontrapunktem już na starcie - ambicje Martina Ritta kończą się na precyzyjnej, ale jednak bardzo dosłownej transplantacji nośnego tematu. Niestety, w przenosinach japońskiej klasyki na amerykański grunt nie widać odautorskiego szacunku do pierwowzoru, jakim lata później wykażą się choćby Martin Scorsese przerabiający hongkońskie "Infernal Affairs" czy Gore Verbinski majstrujący przy "Ringu". 

Ritt, wytrawny amerykański mainstreamowiec, który co najmniej dwukrotnie otarł się o wybitność ("Hud, syn farmera", "Szpieg, który przyszedł z zimnej strefy") jest starej daty kowbojem rzadko wyglądającym ze swojego rancza - może i rozumie prawidła westernu (także tego współczesnego, pozbawionego kostiumowej fasady), ale już specyfika kina japońskiego jest mu zupełnie obca.

Filmu Kurosawy nie poddaje więc reinterpretacji, a przenosi w skali 1:1 na własne podwórko. Ta bojaźń okazuje się zgubna - nie licząc chłodnych, wystylizowanych kadrów Jamesa Howe'a, poetyka "Rashomona" nie znajduje zastosowania w jego westernowych realiach. Także sama przypowieść "o doli człowieczej", przez Kurosawę wyciągnięta z czeluści japońskiego folkloru, tu wydaje się raczej nieszczerym plagiatem, aniżeli empatycznym ruszeniem. 

To wystawna filmowa zachcianka, jeden z wielu dowodów płytkiego hollywoodzkiego uniwersalizmu, ale "Prawda..." - co znamienne dla wielu filmów amerykańskich tego okresu - broni się rzemiosłem aktorskim. Zwyczajowa gwiazda Ritta - Paul Newman - tym razem zepchnięta zostaje na drugi plan przez jeszcze młodych Laurence'a Harveya i Williama Shatnera i już podstarzałego Edwarda G. Robinsona. Ach, piękne czasy.

O wydaniu dvd

Na zachodzie "Prawdę..." wypuszczono dopiero w 2009,  w pakiecie mniej znanych filmów z Paulem Newmanem. Wydanie jest praktycznie gołe, ale za to bardzo dobre technicznie (świetny obraz). W Polsce film się nie ukazał.

Info: 1964, The Outrage, USA, reż. Martin Ritt
Wydanie: amerykańskie, 2009, Warner
Obraz: 1.85:1
Dźwięk: angielski 2.0
Napisy: angielskie
Dodatki: brak
Czas: 92 minuty
Dostępność w Polsce: Nie

poniedziałek, 25 kwietnia 2011

Fortepian [9/10]


Czyżby najbardziej feministyczny film wszech czasów? Tylko pomyślcie: fortepian, symbol kultury i cywilizacji, trafia do dzikiej puszczy, prymitywnego świata, w którym rządzą pierwotne, męskie instynkty. Wraz z nim "zesłana" zostaje tam kobieta, niema z... wyboru, jako jedyna potrafiąca zaklęty instrument ujarzmić. Trudno o manifest płci bardziej wymowny. 

Ada, bo tak ma na imię bohaterka, z brukowanej Europy trafia do zapomnianego "nowego" świata, gdzie życie toczy się leniwie pośród deszczu i błota. Campion wielokrotnie podkreśla tę nieprzyjazną topografię, pokazując grzęznące w brudnej brei buty bohaterki - kraina, w której się znalazła, pożąda jej, chce na własność, krępuje ruchy.

Racje Ady tracą na znaczeniu. Warunki dyktuje jej dwóch mężczyzn, z których żaden nie potrafi słuchać. Ten pierwszy, dla którego przybyła, okazuje się apodyktycznym frustratem, drugi zaś pod pretekstem fascynacji nieznanym instrumentem, uwodzi i pożąda. I tak źle, i tak niedobrze.

Reżyserka usiłuje nas wprawdzie przekonać, iż drugi z mężczyzn jest cierpliwym adoratorem i czułym kochankiem, ale on także - mimo szczerych intencji (którym bohaterka w końcu ulega) - nie dostrzega potrzeby niezależności Ady. Jej milczenie można w tym kontekście rozpatrywać jako swego rodzaju świadomą od początku do końca deklarację, ale też jedyną, dość paradoksalną pozostałość autonomii, której fortepian - zależny od innych, przechodzący z rąk do rąk - nie jest jej już w stanie zapewnić. 

Wszystko w życiu kosztuje. Także miłość i namiętność. Jak podpowiada zakończenie, ta niezależność, autonomia bohaterki na zawsze zostają gdzieś na dnie oceanu, przytroczone do spoczywającego tam instrumentu. 

O wydaniu dvd

Wydana nakładem Optimum dwupłytówka to przeszło cztery godziny dodatków. Zadowoleni będą przede wszystkim fani Campion, która dostaje możliwość omówienia swego filmu w dołączonym do niego komentarzu (wraz z producentką Jan Chapman) i godzinnym wywiadzie. Trochę tu konkretu, mało wspomnień z realizacji filmu, dużo lania wody, ogólników, niezwiązanych z filmem odczuć. Osobne rozmowy przeprowadzono także z Chapman i kompozytorem Michaelem Nymanem, którzy dla odmiany rzucają na "Fortepian" całkiem ciekawe światło. Dopełnieniem całości jest zdecydowanie zbyt króki, 15-minutowy making of. Jest więc naprawdę nieźle, ale zdecydowanie brakuje szerszej perspektywy.

Info: 2006, Optimum
Obraz: 1.85:1
Dźwięk: angielski 5.1 i 2.0
Napisy: angielskie
Dodatki:Commentary by director Jane Campion and producer Jan Chapman, Making of Piano (15:07), Interviews with Campion and Chapman (75:51), interview with Michael Nyman (48:36)
Czas: 116 minut
Dostępność w Polsce:Tak, nakładem Best Film, bez dodatków

czwartek, 21 kwietnia 2011

Buffalo Soldiers [6/10]


Film Gregora Jordana miał pecha. Premiera "Buffalo Soldiers" odbyła się na festiwalu w Toronto, 9 września 2001, na dwa dni przed zamachami na WTC i Pentagon. Ze względu na tematykę (przekręty i bumelanctwo w amerykańskiej armii), film stracił jakiekolwiek szanse na kinową dystrybucję w USA. Do Europy, w tym Polski, dotarł dopiero dwa lata później.

Komedia wojskowa Jordana dorobiła się w tym czasie aury tworu kontrowersyjnego, niepokornego, wręcz kultowego. Jakież było moje rozczarowanie, gdy "Buffalo..." okazali się średnio wyrafinowanym spadkobiercą czarnego humoru spod znaku Guya Ritchiego...

Jordan nie jest niestety tej klasy rzemieślnikiem, co dość bezpośrednio przekłada się na szereg słabo zainscenizowanych i poprowadzonych scen. Bywa zabawnie, ale sprytu w tym niewiele. Żołnierze przemycają, ćpają, demolują, nawet się zabijają, ale wszystko to zarysowane jest kreską swobodną, komiksową. Prowokacji tu niewiele. Całość ciągną głównie aktorzy, na czele z bezczelnym Phoenixem i grającym iście coenowskiego idiotę Edem Harrisem. Swoje pięć minut mają też Scott Glenn i Anna Paquin. Dla nich, przede wszystkim, warto.

O wydaniu dvd

Na płycie komentarz reżysera i niemal godzina dodatków video, a jednak panoszy się tu nuda. Jordan, poza kilkakrotnie powtarzanym "to film o żołnierzach, którzy nawet bez wojny potrafią ją sobie stworzyć", ma niewiele do powiedzenia, a jego komentarz trochę się dłuży. Całkiem ciekawy jest za to reportaż z planu, w którym obejrzeć możemy realizację jednej ze scen. Szału nie ma.

Info: 2005, Cinema Club
Obraz: 2.35:1 
Dźwięk: angielski 5.1 i DTS
Napisy: angielskie
Dodatki: Director's Commentary, Sundance Channel's Anatomy of a Scene (24:19), Interviews (15:23), Behind the Scenes (4:52), Interview with Gregor Jordan (10:54), Trailer
Czas: 94 minuty
Dostępność w Polsce:Tak, nakładem Monolith, bez dodatków

środa, 20 kwietnia 2011

W matni [4/10]



Z cyklu: wspomnienia z młodości. Znacie opinię, że "Przerwana lekcja muzyki" to dziewczęca wersja "Lotu nad kukułczym gniazdem"? Idąc tym tropem, "W matni" można czytać jako dziewczęce "Midnight Express". I nie będzie w tym cienia przesady. To nieco już leciwy film, nakręcony w roku 1999, czasach kiedy to Claire Danes była ładniejsza od Kate Beckinsale (dacie wiarę?). Jonathan Kaplan, będąc u kresu swojej reżyserskiej kariery (przynajmniej jeśli chodzi o produkcje kinowe), zrealizował jedną z wielu przygodowych bajeczek ku przestrodze amerykańskiej młodzieży, jakie wypełniały wówczas mainstream.

Pod kątem realizacji "W matni" niczym się nie różni od "Niebiańskiej plaży" - ilustracyjne pioseneczki przeplatają się tu z "nieprzyjemnościami" (karaluchy, fu! niewygodne materace, oj!) niecywilizowanego świata, a upodlone bohaterki zawsze są pierwszej świeżości.

Tu, w przeciwieństwie do "Midnight...", złapane na przemycie sporej ilości narkotyków bohaterki są niewinne. I to w zasadzie ustawia całą opowieść. Jednowymiarowość racji pozbawia film właściwego ciężaru podjętej tematyki. Dziewczynom wolność się należy, kropka. Ale żaden to głos w sprawie  korupcji i dysfukcyjności prawa gdzieś na krawędzi świata, a jedynie infantylna, melodramatyczna opowiastka, w której główny złoczyńca posługuje się... anagramem swojego nazwiska, a odkupienie można uzyskać odświętną przemową przed miłościwym władcą. 

Sporo tu umowności, sporo banału. Całość jest gładka, schludna, oklejona trochę zapomnianymi już przebojami Sary McLachlan i Sary Brightman, w sam raz na wiosenne wspominki (widziałem to w kinie, w kwietniu 2000 roku, yay!). Wtedy, jak miałem 15 lat, nawet mi się podobało.

O wydaniu dvd

Film wydany także w Polsce, pozbawiony dodatków, technicznie poprawny.

Info: 2002, Fox
Obraz: 2.35:1 
Dźwięk: angielski 5.1 
Napisy: m.in. polskie
Dodatki: Original Theatrical Trailer, Cast and Crew biography pages
Czas: 96 minut
Dostępność w Polsce:Tak

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

Operacja Mutant [5/10]


Alex de la Iglesia debiutował z kopyta. Jego makabreskę sci-fi wyprodukował sam Almodovar, scenograficzny rozmach wskazywał na inspiracje surrealistycznymi dystopiami wczesnych dokonań Jeuneta i Caro, a sam film zdobył sześć nominacji do lokalnych nagród Goya, m.in. za najlepszą reżyserię. Oto na scenie kinowej groteski pojawił się nowy gracz. "Operacja Mutant" to ostentacyjnie tania, pełna czarnego humoru i bezkompromisowej przemocy farsa o wyraźnych zapędach do krytyki politycznej: bohaterami są tu szaleni terroryści-mutanci, którzy w niedalekiej przyszłości trudnią się zamachami na ludzi pięknych i pozbawionych wad. Ale to ledwie wprawka do twórczości de la Iglesii - pokręconego amatora złego smaku i politycznych inklinacji - która sprawdza się na jednym tylko poziomie - niskogatunkowej brei. Dla entuzjastów.

O wydaniu dvd

W Polsce nigdy nie wydana, na zachodzie "Operacja..." przez jakiś czas nie mogła doczekać się dobrej jakościowo edycji. Tymczasem wypuszczona przed paroma laty wersja Metrodome ma usprawniony obraz panoramiczny, pięciokanałowy dźwięk i nie posiada żadnych cięć cenzorskich. W dodatkach znajduje się całkiem zajmujący dokument o realizacji, nakręcony wprawdzie dawno temu dla lokalnej telewizji, ale zaskakująco szczery i... zabawny.

Info: Original Uncut Version, 2008, Metrodome
Obraz: 1.85:1
Dźwięk: hiszpański 5.1
Napisy: angielskie
Dodatki: Making of Accion mutante (27:15), Trailer, Production Design Gallery
Dostępność w Polsce: Nie

niedziela, 23 stycznia 2011

Czarny łabędź (2010) **


"To było doskonałe" - mówi poruszona swym występem baletnica Nina na chwilę przed napisami końcowymi, wywołując niemal odruchowe skojarzenie z finałem "Bękartów wojny" Tarantino. Tam zadowolony z siebie Brad Pitt, dziergając swastykę na czole hitlerowca, stwierdza "Wyszło mi arcydzieło". Siła bałwochwalczej deklaratywności, za pomocą której obaj twórcy komunikują nam swe samozadowolenie, wydaje się w obu przypadkach podobna, ale przepaść jest tu dość głęboka. Quentin puszcza do nas oko, podczas gdy Aronofsky zdaje się mówić całkiem serio.

Było doskonale i nie ma dyskusji. Reżyser nakręcił film wielki. O obsesji, o pasji. O balecie, co samo w sobie predestynować ma go do miana sztuki wyższej. Siądźmy i podziwiajmy, bo oto brawurowa przeciwwaga dla "Zapaśnika", rozegrany na trzy akty poemat szaleństwa i samotności, i tak dalej. Tymczasem "Czarny łabędź" to, jak zgrabnie określił go Bartosz Żurawiecki, co najwyżej "Pianistka" dla ubogich. Wykoncypowany, quasi-gotycki harlequin dla tych wszystkich, którzy czują ciężar swej udręczonej duszy, ale nie potrafią go zważyć. Albo nie chcą.

Bo prawda boli. Oglądać ją niełatwo. Dlatego też cierpienie, choć staje się u Aronofsky’ego jednostką wymierną, przyozdobione jest łabędzimi piórami i sceniczną charakteryzacją. Porusza. Uwodzi, kręcąc na ekranie nie gorsze piruety, niż chudziutka Natalie Portman. Tych dwoje – aktorka w parze z udręczeniem swej postaci – tworzy tu porywający spektakl, który z każdym pląsem wznosi się pod nieboskłon. "Czarny łabędź" to dramat przez duże "d", dramat tak wzniosły i egzaltowany, że każe nam to niejako doszukiwać się w nim świadomej umowności.

Gdy grany przez Vincenta Cassela nauczyciel strofuje swoją podopieczną, można odnieść wrażenie, że za jego pośrednictwem przemawia do nas sam Aronofsky: "To balet, na Boga! Porzućcie kontrolę. Zatraćcie się!". Ale czy naprawdę możemy to zrobić? Owszem, film jego często wpada w teatralną, spływającą absurdem karykaturę (np. w scenie masturbacji Niny, gdy ta nie wie, że w fotelu obok śpi jej matka), ale część tropów wskazuje jednak, że to psychoanaliza na poważnie.


Akcentowane niemal od samego początku lustrzane odbicia, w których bohaterka Aronofsky’ego pojawia się najpierw mimochodem, jakby od niechcenia, by ostatecznie szukać tam własnej (nie)poczytalności, mają być niejako podpowiedzią, że oto przed nami zmaterializowana obsesja – chorobliwe dążenie do perfekcji, które zaowocowało rozpadem ciała i umysłu. Że wszystko to nie dzieje się naprawdę. To obłęd, szatański fantazmat, psychoza wyciągająca swe macki z ponurego lustra, miejsca, w którym rodzą się demony.

Podobnie jak choćby we "Wstręcie" Polańskiego, Aronofsky szuka prawdy o swojej bohaterce właśnie "po drugiej stronie". Częściej pokazuje nam jej odbicie w szklanych taflach, niż ją samą przed nimi stojącą. Czy prawda tkwi właśnie tam? Lustereczko, powiedz przecie, któż szalony jest w tym świecie…? Jeśli tak, jeśli prawda Aronofsky’ego ma być bezlitosna, jeśli niczym lustrzane odbicie akcentować ma obłęd bohaterki uwięzionej we własnej, upiornej fantazji, film ów traktować winniśmy z tą samą powagą, co "Zapaśnika", który konfrontując bohatera z jego obsesjami, opowiadał w gruncie rzeczy podobną historię.

Werdykt jest natychmiastowy. Obrysowany realistyczną kreską zapaśniczy komiks wygrywa przez nokaut z przysadzistym portretem baletnicy wznoszącym się na łabędzich, a zatem lichych i do lotu nieprzystosowanych, skrzydłach. Takie życie. Czasem lepiej dać w ryj, niż kręcić piruety.

czwartek, 20 stycznia 2011

Niebrzydkie kaczątko. O Natalie Portman



"(...) Jej rolę we wchodzącym właśnie na polskie ekrany "Czarnym Łabędziu " traktować możemy dwojako. W filmie Aronofsky'ego skrzydła rozpościera tyleż trawiona obsesją doskonałości baletnica, co świadoma swego talentu aktorka, która bez pardonu pnie się na wyżyny swej popularności. Otrzymany w niedzielę Złoty Glob i upubliczniona krótko wcześniej informacja o ciąży to dopiero początek. Gwiazda Natalie Portman rozbłysła na dobre. Aktorka dojrzała, zakwitła. Stała się kobietą. (...)" Całość TUTAJ.

wtorek, 11 stycznia 2011

Konkurs na Blog Roku 2010!



Uwaga! "Z górnej półki" bierze udział w dorocznym konkursie na Blog Roku, ubiegając się o wyróżnienie w kategorii Kultura. Blog został właśnie zakwalifikowany do drugiego etapu, w którym decydują czytelnicy. W SMS-wym głosowaniu wskażą oni dziesiątkę blogów, które następnie oceni specjalnie wybrany juror (w tej kategorii - Jerzy Stuhr), wyłaniając spośród nich zwycięzcę.

A zatem, Drodzy Czytelnicy! Wszystko w Waszych rękach. Jeśli lubicie czytać "Z górnej półki", zagłosujcie nań w konkursie na Blog Roku 2010 i pomóżcie awansować mu do następnego etapu. To bardzo proste. Wystarczy, że wyślecie SMS o treści E00056 (uwaga! to nie literki "o", a zera!) na numer 7122.

Koszt SMSa to 1,23 zł brutto. Z jednego numeru można oddać tylko jeden głos na dany blog. Głosowanie trwa od dzisiaj do 20 stycznia 2010, o czym będę jeszcze przypominał.

poniedziałek, 10 stycznia 2011

David chce odlecieć, Turysta, Fighter i inne...


"(...) Było sobie dwóch Davidów. Jeden duży, drugi mały. Jeden kręcił filmy, drugi o tym marzył... Początkujący niemiecki filmowiec David Sieveking nie ukrywa - jest wielkim miłośnikiem swojego imiennika, Davida Lyncha. "Zawsze chciałem nakręcić własne "Blue Velvet", ale brakowało mi mroku i tajemniczości" - mówi niby żartem, niby serio. Patrząc na jego dokument nie trudno pojąć dlaczego. Jest raczej kpiarzem, cynikiem - człowiekiem zdystansowanym, ale jednocześnie ceniącym sobie uzasadniony poklask. Jest urodzonym gwiazdorem, wodzirejem. Gdy w uwiecznioną w jego dokumencie rzeczywistość wkrada się pomysł wyruszenia do Stanów celem poszukiwania inspiracji na promowanych przez Lyncha wykładach o medytacji transcendentalnej, możemy śmiało zakładać, że to nie szczery odruch, że David już wtedy WIEDZIAŁ. O czym? (...)"

Cały tekst TUTAJ, zaś w dziale z recenzjami kinowymi znajdziecie też m.in. "Soul Kitchen", "Zabiłem moją matkę", "Fightera", "Turystę" czy "Weekend".

środa, 5 stycznia 2011

Filmowi Dziennikarze Roku 2010


W styczniowym numerze miesięcznika "Press" znaleźć można zbiór głosów do dorocznego plebiscytu na najlepszych dziennikarzy roku ubiegłego. Kilkadziesiąt redakcji, od "Elle" po "Wyborczą", typowało trójkę - ich zdaniem - najbardziej zasłużonych kandydatów do nagrody Dziennikarza Roku 2010. Wygrał, przewagą 32 głosów nad następnym w kolejce, Artur Domosławski za "najważniejsze wydarzenie medialne roku, którym jest książka "Kapuściński non-fiction". Dlaczego o tym piszę? Bo pośród przeszło 130 nazwisk nominowanych publicystów nie znalazło się ANI JEDNO związane bezpośrednio z kinem. Cóż... Prasa filmowa nigdy nie stanowiła przesadnie istotnego i dostrzegalnego odłamu w polskim dziennikarstwie, ale nie znaczy to, że zaistniały constans trzeba akceptować.

Wychodząc sytuacji w sposób minimalny naprzeciw, proponuję prywatną, niezależną listę kandydatów* do lauru Filmowego Dziennikarza Roku 2010** (a przy okazji także jej przeciwwagę - listę tych, którzy w minionym roku powinni wbić głowę w piasek). Bez głosowania i nagrody głównej. Bez gali i fanfar, bez złotego duperela na półkę i czeku na parę złotych. Tak po prostu, w uznaniu dla Waszej pracy.

Poniżej lista wyróżnionych.

1. Błażej Hrapkowicz - za czynny udział w zapoczątkowanej m.in. przez siebie inicjatywie Restartu polskiego kina
2. Łukasz Maciejewski - mimo wszystko, za precyzyjne i elokwentne pióro, które żadnej formy się nie lęka
3. Michał Oleszczyk - za stopklatkowy cykl stymulujących intelektualnie felietonów "Klatka po klatce"
4. Anna Serdiukow - za inspirujące i prowokacyjne wywiady z gwiazdami/decydentami polskiej i światowej sceny filmowej
5. Michał Walkiewicz - za udowodnienie, że populistyczny portal filmowy może dysponować silnym i kompetentnym pionem publicystycznym


ANTYNAGRODA im. Feliksa Falka

1. Marcin Pietrzyk - za asekuranckie, pozbawione wigoru recenzje z cyklu "film nie jest w żadnym wypadku arcydziełem, ale..."
2. Jacek Szczerba - za ślepe, niekompetentne i pełne nieuzasadnionej agresji recenzje na łamach "Gazety Wyborczej"
3. Robert Ziębiński - za wyjątkowo chamskie i tchórzliwe potraktowanie konstruktywnej krytyki ze strony czytelnika

* - kolejność alfabetyczna
** - oczywiście można by się zastanawiać, czy samemu będąc dziennikarzem/krytykiem i znając lub wręcz przyjaźniąc się z częścią wymienionych wypada mi takie zestawienia publikować, ale...

niedziela, 2 stycznia 2011

Prawdziwe męstwo (2010) ****



"(...) Bracia Coenowie raz jeszcze zaśmiali nam się prosto w twarz. Po "...kraju dla starych ludzi", "Tajnym przez poufne " i "Poważnym człowieku " mieliśmy wszelkie prawo oczekiwać, że ich reinterpretacja staroświeckiej kowbojady z Johnem Wayne'em okaże się rzeźnickim, nihilistycznym antywesternem zrealizowanym z pogardą dla podstawowych zasad gatunku. Zapowiadały to poprzednie ich filmy, nieczyste, wymierzone w kino i nas samych, ale też najnowsza historia samego westernu, sugerująca, że dumną niegdyś konwencję można już tylko upadlać. Bo... no właśnie, dlaczego? Bo się skończyła. Zjeździliśmy Dziki Zachód wzdłuż i wszerz. Co było do zobaczenia, widzieliśmy. Wybiliśmy wszystkich Indian, zatłukliśmy plugawych bandziorów, pora więc odwiesić kolta, a gwiazdę szeryfa schować do szuflady. Każdy mądry dawno to zrozumiał. Ale nie Coenowie. (...)"

Całość TUTAJ. W dziale z recenzjami kinowymi znajdziecie z kolei zajawki dwóch tekstów ze styczniowego numeru Filmu. Tym razem ogony - "Ramona i Beezus" oraz "Artur i Minimki 3".

piątek, 31 grudnia 2010

Najlepsze filmy 2010 roku - festiwale



Kilka postów niżej znajdziecie moje podsumowanie mijającego roku w polskich kinach. 15 tytułów, które uważam za najwartościowsze. Ale... No właśnie, gdybym miał sporządzić listę filmów, które w całym mijającym roku podobały mi się najbardziej, z tamtej piętnastki podkradłbym może 6-7 pozycji. Najlepszych filmów nie było mi bowiem dane obejrzeć w polskich kinach. Zaliczałem je na kolejnych festiwalach, zamkniętych pokazach, czasem przed telewizorem. Część z nich nie doczeka się w Polsce oficjalnej dystrybucji, część obejrzymy pewnie za kilka-kilkanaście miesięcy. Korzystając z okazji, chciałbym Wam polecić te najlepsze, najciekawsze. Lub po prostu - moje ulubione.

Poniżej rzeczona dwudziestka. Tam, gdzie można kliknąć w link, znajdują się recenzje.

1. Blue Valentine (reż. Derek Cianfrance)
2. Wtorek, po świętach (reż. Radu Muntean)
3. Somewhere (reż. Sofia Coppola)
4. Poezja (reż. Lee Chang-dong)
5. Kolejny rok (reż. Mike Leigh)
6. The Loved Ones (reż. Sean Byrne)
7. Łagodny potwór - projekt Frankenstein (reż. Kornel Mundruczó)
8. Scott Pilgrim kontra świat (reż. Edgar Wright)
9. Hanyo (reż. Im Sang-Soo)
10. Potwory (reż. Gareth Edwards)
11. Post Mortem (reż. Pablo Larrain)
12. Ucieknijmy od niej (reż. Marcin Koszałka)
13. Attenberg (reż. Athina Tsangari)
14. Cold Fish (reż. Sion Sono)
15. Meek's Cutoff (reż. Kelly Reichardt)
16. Wściekłość (reż. Takeshi Kitano)
17. Życie z wojną w tle (reż. Todd Solondz)
18. Miasto złodziei (reż. Ben Affleck)
19. 13 Assassins (reż. Takashi Miike)
20. Made in Poland (reż. Przemysław Wojcieszek)

czwartek, 30 grudnia 2010

[blu-ray] Obcy Antologia (1979-97) *****



"(...) LOJALNIE UPRZEDZAM. Jeśli jesteście fanatykami serii i planujecie obejrzeć poniższe wydanie od deski do deski... lepiej biegnijcie do szefa z prośbą o urlop. Minimum tygodniowy. Pod warunkiem, że planujecie na zmianę tylko oglądać, jeść i spać. W przeciwnym wypadku wskazane są dwa tygodnie. Tyle zajęło mi obejrzenie wszystkiego. Dla własnego dobra, przed rozpoczęciem maratonu zróbcie zakupy, poinformujcie znajomych, a na wszelki wypadek spiszcie też testament. Bo tego doświadczenia możecie nie przetrwać - w chwili gdy pierwsza płyta wyląduje w odtwarzaczu, nie będzie odwrotu. (...)"

Całość TUTAJ.

środa, 29 grudnia 2010

Centurion, Narnia 3 i inne...



Nowe recenzje kinowe w dziale powyżej: "Centurion", "Jak spędziłem ostatnie lato", Opowieści z Narnii 3", "Poznajcie naszą rodzinkę" i "Mr. Nobody".
Enjoy.

wtorek, 28 grudnia 2010

15 najlepszych filmów w polskich kinach w 2010 roku



Jak zwykle jesteśmy spóźnieni w stosunku do reszty świata. Premiery "Czarnego łabędzia", "127 godzin", "Prawdziwego męstwa" i wielu, wielu innych gorących tytułów dopiero przed nami. Nie znaczy to, że ten rok był stracony. Poniżej skromny wycinek z TOP 15 najlepszych filmów, jakie w mijającym roku mieliśmy okazję obejrzeć na ekranach naszych kina.

"(...) 12. Wyjście przez sklep z pamiątkami (reż. Banksy)
Wspaniała prowokacja, która spycha wyczyny Saschy Barona Cohena do roli prostackich pamfletów. Film Banksy'ego, popularnego twórcy sztuki ulicznej, to wymierzone w nas zwierciadło dowodzące, że o sztuce w gruncie rzeczy nie mamy pojęcia. Ba, nie rozpoznalibyśmy jej, nawet gdyby ugryzła nas, za przeproszeniem, w dupę. Bezpretensjonalne, świeże kino. (...)"

Całe zestawienie znajdziecie TUTAJ.

poniedziałek, 27 grudnia 2010

Tron: Dziedzictwo (2010) **



"(...) Bohaterowie Kosinskiego bełkoczą swe quasi-polityczne manifesty z taką powagą, jakby naprawdę zagrażała nam inwazja cyberarmii w fosforyzujących kaskach. Z jednej strony ojciec głównego bohatera, Kevin Flynn, który - jak się dowiadujemy - przed laty uwięziony został w Sieci i nigdy z niej nie powrócił. Grający go Jeff Bridges przypomina hipisowskiego mistrza Zen na wygnaniu - przechadza się w swej białej szacie fetyszyzując przeterminowane filozofie. Z drugiej - Clu, program przez niego stworzony, tyran o totalitarnych zapędach, a jednocześnie dość bezbarwny archetyp wszystkich łotrów, którzy kiedykolwiek marzyli o podboju (wszech)świata. Jego również gra Jeff Bridges - odmłodzony o trzy dekady, powściągliwy, karykaturalny w swych egotycznych działaniach. Jeśli dodać, że Bridges wciela się też we Flynna A.D. 1989... cóż, robi się tłoczno. (...)"

Całość TUTAJ.

czwartek, 23 grudnia 2010

20 najlepszych wydań DVD/Blu-ray roku 2010


"(...) W zeszłorocznym podsumowaniu pisałem, że dystrybutorzy w końcu zaczynają dostrzegać potrzeby kolekcjonerów - wydają filmy w ciekawych edycjach, sięgają po zapomniane tytuły, przypominają klasyki, stawiają na jakość. Cóż, w tym roku nie mógłbym już tego powtórzyć. Zebranie 30 wartościowych wydań okazało się na dobrą sprawę niemożliwe. Ostatnich 10 miejsc wypadałoby wtedy wypełnić tytułami, których jakość wydawnicza stanowi minimalny standard, nie zaś powód do zachwytu. Dlatego tym razem zestawienie kończy się na pozycji dwudziestej. (...)"

Listę i resztę artykułu znajdziecie TUTAJ.

piątek, 17 grudnia 2010

Oczy bez twarzy (1960) ****


O FILMIE
(Les yeux sans visage) 1960, Francja/Włochy. Thriller/horror/dramat. 88'
Reżyseria: Georges Franju. Scenariusz: Pierre Boileau, Thomas Narcejac, Jean Redon, Claude Sautet. Obsada: Pierre Brasseur, Alida Valli, Juliette Mayniel, Edith Scob. Zdjęcia: Eugen Schufftan. Muzyka: Maurice Jarre.
Gdy Georges Franju otrzymał propozycję ekranizacji popularnej powieści grozy Jeana Redona, usłyszał ponoć od producenta trzy wytyczne: żadnej krwi - nie chcemy rozsierdzić francuskiej cenzury, żadnego okrucieństwa wobec zwierząt - nie chcemy denerwować nadpobudliwych Brytyjczyków, żadnych szalonych naukowców - nie chcemy narażać się straumowanym Niemcom. Zasadność owej argumentacji była o tyle kuriozalna, że sam projekt dotyczył historii opętanego lekarza, który torturując zwierzęta, przeszczepiał kobiece twarze. Franju, zakochany w kinie gatunkowym... naturalista, wytycznymi się jednak nie przejął i zrealizował film po swojemu. Z powodzeniem, dość przewrotnym zresztą. Krytycy nie zostawili na nim suchej nitki, publiczność opuszczała salę w zażenowaniu, i tak dalej. Znaczy się, dobry film.

Dziś "Oczy bez twarzy" są dla francuskiego horroru tym, czym dla horroru amerykańskiego "Psychoza" Hitchocka, a dla brytyjskiego "Podglądacz" Powella (co ciekawe, wszystkie trzy filmy powstały w tym samym roku) - nowym rozdziałem, początkiem ery kina bezpardonowego, ukierunkowaniem na zło płynące bezpośrednio z człowieka. Z tą różnicą, że na filmie Franju nikt się swego czasu nie poznał. Dość powiedzieć, że jeden z nielicznych francuskich krytyków, którzy wystawili "Oczom..." pozytywną opinię, o mało nie stracił z tego powodu posady. To zresztą zrozumiałe - zawsze baliśmy się tego, co inne, niepojęte, a jednocześnie przyziemne i namacalne. W kraju, w którym poziom filmowej dosadności wyznaczał wówczas kryminał Henriego-Georgesa Clouzota "Widmo", a wszystkie oczy śledziły poczynania nowofalowców, film tak bezwstydnie odwołujący się do klasycznych form narracyjnych, a jednocześnie niespętany psychosomatycznymi lękami, z miejsca skazany był na ostracyzm.

Zupełnie bezpodstawnie. Jeśli "Oczy bez twarzy" wyróżniają się czymś na tle "Psychozy" i "Podglądacza", to tym, że są filmem w gruncie rzeczy empatycznym. Franju nie kładzie akcentu na atrakcyjnej postaci impulsywnego psychopaty, nie stara się przeniknąć jego duszy. U niego w centrum zainteresowania pozostaje ofiara - córka chirurga plastycznego, której twarz uległa oszpeceniu w straszliwym wypadku. Owładnięty obsesją ojciec usiłuje jej to za wszelką cenę wynagrodzić - porywa młode dziewczęta, operuje, a ściągniętą z ich twarzy skórę próbuje przeszczepić córce. Bez powodzenia. Dramat dziewczyny jest podwójny - jej szczęście (czyt. społeczna akceptacja) uzależnione jest od niedoli innych (na co do pewnego momentu się godzi), podczas gdy ona sama pozostaje bezwładną marionetką w rękach egoistycznego perfekcjonisty szukającego zbawienia (to on kierował autem, gdy doszło do wypadku).

W innych rękach fabuła literackiego pierwowzoru Redona najpewniej zasiliłaby szeregi typowej hollywoodzkiej pulpy, z dogorywającym Belą Lugosim lub Borisem Karloffem w roli szalonego doktora. Ale Franju, choć nigdy nie krył inspiracji kinem gatunków, cierpienia innych nie zwykł traktować jako instrumentu niezbędnego do osiągania banalnych kulminacji. Wystarczy przyjrzeć się jego filmografii - bohaterem jego poprzedniego filmu, pełnometrażowego debiutu "Głową o mur", był młody chłopak przymusowo osadzony w szpitalu psychiatrycznym, a sporej popularności przysporzył mu swego czasu wstrząsający 20-minutowy dokument "Krew bestii", wypełniony obrazami mordowanych w paryskiej rzeźni zwierząt i... dzieci bawiących się na placach zabaw. Dokumentalistyczny sznyt nigdy go zresztą nie opuścił - "Oczy bez twarzy" tyleż traktować można jako fantazyjne kino grozy (na myśl przychodzą dokonania Pabsta czy Langa), co realistyczny, zatopiony w odniesieniach do europejskiej ówczesności traktat o niegodziwości ludzkiej natury.

Czy doktor Genessier i jego zbrodnicze metody to upiorne wspomnienie oświęcimskich praktyk Josefa Mengele? Czy obojętność z jaką chowa on w rodzinnej krypcie obcą dziewczynę w miejsce swojej córki nie jest komentarzem do bierności względem okrucieństw hitleryzmu? Jedno jest pewne. Mimo, iż w odróżnieniu od wspomnianych filmów Hitchcocka i Powella, "Oczy bez twarzy" operują dość powierzchowną psychologią, Franju udaje się osiągnąć to, do czego osławione dzieła jego kolegów nigdy nie dorosły - zdemitologizować, obnażyć filmowe zło, ukazując je z chłodnej, przyziemnej, ale i zwyczajnie mało pociągającej perspektywy. Pozostający w centrum tamtych opowieści Norman Bates i Mark Lewis fascynowali swym wyrafinowanym odczłowieczeniem, bo na ekranie nie mieli właściwej przeciwwagi. Potęgujący cierpienie swej córki doktor Genessier budzi w tym kontekście już tylko odrazę.

WYDANIE DVD
(Criterion Spine #260) 2004, Criterion
Obraz: 1.66:1
Dźwięk: francuski 1.0
Napisy: angielskie
Dodatki: Blood of the Beasts (Le Sang des bêtes), Georges Franju’s 1949 short documentary about the slaughterhouses of Paris; Archival interviews with Franju on horror, cinema, and the making of Blood of the Beasts; Excerpt from Les Grands-pères du crime, a documentary featuring Eyes Without a Face writers Pierre Boileau and Thomas Narcejac (Diabolique, Vertigo); Theatrical trailers; Stills gallery of rare production photos and promotional material; New essays by novelist Patrick McGrath and writer and film historian David Kalat
Dostępność w Polsce: Nie
Film można obejrzeć w świetnym jak zawsze wydaniu z serii Criterion. Na jego potrzeby gruntownie odrestaurowano i poddano obróbce cyfrowej obraz, który nie traci przy tym nic ze swojej surowości (wrażenie to wzmaga staroświecki, jednokanałowy dźwięk). Na płycie znajduje się kilka wartych uwagi ciekawostek - wspomniany dokument "Krew bestii" z 1949, wywiady z Franju i scenarzystami "Oczu...", którzy pracowali wcześniej między innymi przy "Zawrocie głowy" Hitchcocka i "Widmie" Clouzota. Do tego książeczka z krytycznofilmowymi esejami m.in. krytyka i historyka filmu Davida Kalata.

W Polsce oczywiście nie do kupienia.

czwartek, 9 grudnia 2010

Nowe recenzje dvd/blu-ray



[dvd] Znudzony na śmierć - sezon 1 (2009) - serial **** ; wydanie ***

"(...) "Znudzony na śmierć" to zaskakująca skarbnica filmowych fantazji, z których największa - spełnione marzenie Woody'ego Allena o zostaniu prywatnym detektywem - pozwala nam uwierzyć, że tą zmitologizowaną przez czarne kryminały profesją mógłby się zajmować każdy z nas. Wystarczy tylko impuls. Tyle przynajmniej potrzebował główny bohater serialu, Jonathan Ames, by zamieścić ogłoszenie na jednym z internetowych portali. Owszem, to nielegalne i niebezpieczne, a jemu daleko do filmowych asów, ale ileż zdrowej satysfakcji i ekscytacji potrafi przynieść! Zwłaszcza komuś tak znudzonemu swymi niepowodzeniami, jak Ames. (...)"

(...)

Pośród dodatków kilka użytecznych drobiazgów. Najciekawsze są oczywiście komentarze do wybranych odcinków - pierwszego, trzeciego, szóstego i ósmego. W nagrywaniu każdego z nich brali udział Jason Schwartzman i Jonathan Ames, dodatkowo w każdym towarzyszył im reżyser danego odcinka, z wyjątkiem ostatniego, gdzie trio uzupełnił Ted Danson. Łącznie są to prawie dwie godziny nagrań - ciekawych, może nie dogłębnych, ale z całą pewnością obfitujących w informacje i anegdoty z planu. Ames i Schwartzman chętnie zresztą żartują, co szybko udziela się ich gościom i samo w sobie wprowadza atmosferę rozluźnienia - nie czujemy się jak na nudnym wykładzie. (...)"

Całość TUTAJ a poniżej recenzje:

[blu] Pacyfik (2010) - serial **** ; wydanie ****
[dvd] The Runaways. Prawdziwa historia (2010) - film *** ; wydanie *
[dvd] Zawrócony (1994) - film **** ; wydanie *
[blu] Fantazja (1940) - film **** ; wydanie ***
[dvd] Jutro będzie futro (2010) - film ** ; wydanie **

sobota, 27 listopada 2010

John Carpenter, vol. 1 (1974-1979)


















Ciemna gwiazda (1974) ***
Atak na posternek 13 (1976) ***
Ktoś mnie obserwuje (1978) ***
Halloween (1978) ****
Elvis (1979) ***

Pierwszych pięć lat w filmografii Johna Carpentera to prawdziwy misz-masz: pół-amatorska parodia sci-fi, b-klasowy sensacyjniak, thriller w stylu Hitchcocka, dwuipółgodzinna biografia Elvisa i jeden tylko horror, ale za to determinujący dalszą jego twórczość.

O FILMACH

Jego pełnometrażowy debiut (wcześniej było kilka krótkich metraży, dziś niedostępnych), "Ciemna gwiazda", to triumf kina niezależnego - zrealizowana drogą chałupniczą, za niewiarygodnie niską kwotę 60 tysięcy dolarów, farsa sci-fi okazała się względnym sukcesem artystycznym i trendsetterskim zbiorem patentów. Pracujący przy filmie Dan O'Bannon został później podchwycony przez duże studia do napisania "Obcego" i realizacji efektów specjalnych w "Gwiezdnych Wojnach". Przy pracy nad nimi do tego stopnia nie szczędził zapożyczeń ze współpracy z Carpenterem, że dziś "Ciemna gwiazda" może być rozpatrywana bardziej jako parodia właśnie tych dwóch filmów, niż zamierzona pierwotnie satyra na "Odyseję kosmiczną" Kubricka.

Film nie odniósł jednak spodziewanego sukcesu komercyjnego, co spowodowało, że kolejny projekt Carpentera, "Atak na posterunek 13", został sfinansowany przez firmę prywatną. Początkowo pomyślany był on jako klasyczny western hołdujący standardom Johna Wayne'a, ale w obliczu ograniczonego budżetu (100 tysięcy dolarów) zdecydowano się na uwspółcześnienie realiów przy zachowaniu samych tylko narracyjnych archetypów kina kowbojskiego. Powstała przyzwoita strzelanka, która po latach nie dorasta jednak do wydanej nieco na wyrost opinii jednego z najlepszych filmów exploitation, której to "...posterunek 13" doczekał się dopiero w Europie (w Stanach film, przynajmniej początkowo, sprzedał się średnio).

Sukces finansowy i sprawne operowanie niewielkimi pieniędzmi sprawiły, że w stronę Carpentera spojrzało studio Warnera. Wyprodukowany przez nich i zrealizowany w telewizyjnej manierze (film miał być - i został - sprzedany stacji NBC) thriller "Ktoś mnie obserwuje" to spóźniony, inspirowany bezpośrednio "Oknem na podwórze", ukłon w stronę Hitchcocka. Carpenter z powodzeniem powiela tu jego realizatorskie schematy, ale już do względnej innowacyjności hołdów składanych przez takiego Briana De Palmę (zwłaszcza w "Przebraniu mordercy" czy "Świadku mimo woli") się nie zbliża. Film przez wiele lat uznawany był przez fanów Carpentera za zaginiony klasyk - dopiero w 2007 roku Warner wydał go na dvd.

Nakręcone w tym samym roku "Halloween" to już prawdziwy kamień milowy - zarówno w karierze Carpentera, jak i samym gatunku, który doczekał się tym samym amerykańskiego odpowiednika giallo - slashera. Sam reżyser przyznaje się zresztą do szerokich inspiracji włoską konwencją, podkreślając m.in. że popularny motyw muzyczny do swego filmu oparł na "Suspirii" Argento. Film, za przeszło 300 tysięcy dolarów (co było kwotą i tak skromną) wyprodukowano niezależnie (producentów, podobnie jak wcześniej Warnera, przyciągnął sukces "Ataku na posterunek...", ale i zaangażowanie w projekt samego Carpentera, który swej wielkiej szansy postanowił nie zmarnować), co rychło pociągnęło za sobie jeszcze tańsze naśladownictwa, z których bodajże najgłośniejszym pozostaje "Piątek trzynastego".

Zanim wysiłek włożony w "Halloween" się ostatecznie zwrócił (wpływy powyżej 60 milionów dolarów), Carpenter wyreżyserował jeszcze jeden film telewizyjny - biografię Elvisa Presleya, która pozostaje bodajże jedynym niegatunkowym dokonaniem w całym jego dorobku. "Elvis" to doskonale przeciętny dramat telewizyjny (pełen potknięć i nieścisłości), który jednak swego czasu zyskał uznanie w oczach zarówno widzów, jak i krytyków. Spora w tym zasługa Kurta Russella (z którym Carpenter stworzy później swoje najlepsze filmy), odgrywającego postać Presleya z taką brawurą, że jeszcze nie raz powróci ona w jego karierze, w taki (dubbing w "Forrescie Gumpie") czy inny ("3000 mil do Graceland") sposób.

O WYDANIACH

Z wymienionych filmów, największej ilości wznowień i reedycji doczekało się rzecz jasna "Halloween", z których osobiście polecam 30th Anniversary Commemorative Edition (combo dvd + blu-ray) - pakiet zawiera 6 płyt, w tym trzy wersje pierwszego "Halloween" - kinową, reżyserską i telewizyjną, część 4 i 5 serii, świetny pełnometrażowy dokument "25 Years of Terror" i całą masę dodatków.* Całość w pudełku z... gumową maską. Satysfakcjonujące wydanie ma też "Atak na posterunek 13", które zawiera m.in. reżyserski komentarz i wywiady z twórcami. "Ciemną gwiazdę" można z kolei dostać w wersji reżyserskiej, która różni się nieco od kinowej (tu wycięto, tam poprawiono, itp.), ale za to bez ciekawych suplementów. Najskromniejszych edycji doczekały się filmy telewizyjne Carpentera - "Ktoś mnie obserwuje!" (w dodatkach wywiad z reżyserem) i "Elvis".

W Polsce swego czasu na dvd wydany został tylko... "Atak na posterunek 13".

* dwa minusy - brak drugiej płyty z releasu "25 Years of Terror" i paru fajnych rzeczy z poprzedniej, 25th Anniversary Edition.

środa, 24 listopada 2010

Ulubione sceny filmowe #8



Przypadek #8: Łatwa dziewczyna. W piątek film wchodzi do kin. Dlaczego warto go obejrzeć, piszę TUTAJ.  Powyżej jedna z początkowych scen, która zdobyła mnie z marszu - Emma Stone to prawdziwy huragan. Energii, seksu, humoru.

wtorek, 23 listopada 2010

Białe kruki: TRON - 20th Anniversary Collector's Edition

FILM
(TRON) 1982, USA. Sci-fi. 96'
Reżyseria i scenariusz: Steven Lisberger. Obsada: Jeff Bridges, Bruce Boxleitner, David Warner, Cindy Morgan. Zdjęcia: Bruce Logan. Muzyka: Wendy Carlos.
Wydawać by się mogło, że nadchodząca premiera "TRONa: Dziedzictwa" to idealna okazja, by na blu-rayu wypuścić reedycję części pierwszej, dziś dawno już niedostępnej w rynkowym obiegu. Tymczasem, na miesiąc przed premierą daaawno zapowiadanego sequela, Disney wciąż jeszcze nie opublikował oficjalnej informacji w tej sprawie, co dziwi o tyle, że jest to standardowa akcja promocyjna. Wychodzi nowy "Terminator"? Dostaniemy pozostałe w szpanerskim pudełku. W kinach wyświetlają czwartego "Indianę Jonesa"? Nie powinniśmy przegapić nowych wydań pozostałych trzech. I tak dalej.

"TRONa" jednak zbyt szybko się nie doczekamy. Film jednorazowo wyświetlono przed paroma miesiącami w parku tematycznym Disneya i... tyle. Zero dalszych planów, zero informacji. Czyżby zgromadzeni na sali widzowie śmiali się do rozpuku? Teoretycznie nie powinno to nikogo zdziwić. Twór Stevena Lisbergera jest owocem swoich czasów, który w oczach dzisiejszego widza dawno już zgnił. A podniesienie go do formatu HD... cóż, mogłoby tylko wyostrzyć jego słabości, których - przy całej kultowej otoczce - mu nie brakuje. W tym kontekście niewypuszczanie oryginału przed kinową premierą "Dziedzictwa" wydaje się całkiem rozsądne - archaiczna grafika komputerowa potrafiłaby zniechęcić nie jednego miłośnika formatu 3D.

WYDANIE DVD/BLU
(20th Anniversary Two-Disc Collector's Edition) 2002
Obraz: 2.20:1
Dźwięk: angielski 5.1
Napisy: angielskie, francuskie, hiszpańskie
Dodatki: Commentary by Steve Lisberger, Donald Kushner, Harrison Ellenshaw and Richard Taylor, The Making of TRON (88:17), Deleted scenes (with introduction),  Still galleries, Storyboard-to-screen comparisons, Early computer graphic demos, Alternate music cues, Trailers
Dostępność w Polsce: Tak (Out of print)
Kiedy więc? Gdy sequel się już sprzeda? Czy w ogóle? Całego zamieszania nie byłoby, gdyby nie fakt, że dzisiaj - osiem lat po premierze dwupłytowej edycji kolekcjonerskiej w USA (mlask, spójrzcie na dodatki po prawej) - film jest nie do kupienia. Owszem, okazjonalnie dostać można go na e-bayu czy markecie Amazonu, ale ceny pojedynczej (używanej!) sztuki wahają się od 30 do 50 funtów (150-250zł). Nówka to nawet 300zł i więcej. Także w Polsce nie da się "TRONa" nigdzie nabyć, nawet na Allegro nikt go nie wystawiał w ciągu ostatnich kilku miesięcy. To dobra okazja, by przejrzeć Wasze kolekcje - może siedzicie na żyle złota!

poniedziałek, 22 listopada 2010

Seks w wielkim mieście 2 (2010) i inne recenzje blu/dvd















[blu] Seks w wielkim mieście 2 (2010) - film * ; wydanie ***

"(...) Totalna katastrofa. Michael Patrick King potrzebował tylko (choć podczas oglądania jest to "aż") 146 minut, by ostatecznie pogrzebać wszystko, o co realizowany przez sześć lat serial walczył. O ile pierwszy kinowy "Seks..." wypadało uznać za przykrą wpadkę lub po prostu nieudany powrót, drugi jest li tylko bezczelnym i nieodwracalnym dla telewizyjnego oryginału żerowaniem na jego franczyzie. Tutaj nikt już nie udaje - chodzi przede wszystkim o kasę. Seksualne wyzwolenie, kulturowa prowokacja, satyra na mieszczańską obyczajowość? Wszystko to idzie w odstawkę, co potwierdza już skrząca się diamentami czcionka w czołówce filmu. Liczy się blichtr. Grunt, by zrobić odpowiednie zbliżenie na złote szpilki od Vuittona i zapłakać nad plamą na kremowej sukience Valentino.

(...)

Na płycie Blu-ray znajdziemy sporo dodatków (na dvd nie ma ich w ogóle). Zacząć warto od komentarza reżyserskiego, który stanowi najbardziej kompetentny materiał w całym wydaniu. Michael Patrick King skupia się na najistotniejszych zagadnieniach swojego filmu, od wspomnień z planu, po szczegóły techniczne. Dalej czekają na nas dwa prowadzone przez niego materiały typu sit'n'chat. Przez dwa lata może zdarzyć się tak wiele (26:02) to rozmowa reżysera z Sarah Jessicą Parker, w której oboje wspominają pracę nad filmem, z kolei w Mężczyznach Seksu w wielkim mieście (28:46) Kingowi towarzyszy Mario Cantone, chętnie rozpamiętujący postacie kochanków, którzy pojawili się w serialu (nie filmie!) na przestrzeni jego sześcioletniej realizacji. Oba materiały, podobnie jak sam film, są dość sztuczne i wymuszone w swym niezobowiązującym, quasi-obrazoburczym podejściu do tematu, co bolesne jest o tyle, że trwają łącznie prawie godzinę. (...)"

Całość znajdziecie TUTAJ. Poniżej zaś odnośniki do recenzji:

[blu] Koszmar z ulicy Wiązów (2010) - film *** ; wydanie ***
[dvd] Instynkt wilka (2007-08) - filmy **** ; wydanie *
[dvd] Kwiat pustyni (2009) - film ** ; wydanie *
[dvd] I Love You Phillip Morris - film **** ; wydanie **
[dvd] Czwarty stopień - film * ; wydanie *

wtorek, 16 listopada 2010

Wejście smoka (30th Anniversary Edition)



O FILMIE
(Enter the Dragon) 1973, USA. Kino akcji. 98'
Reżyseria: Robert Clouse. Scenariusz: Michael Allin. Obsada: Bruce Lee, John Saxon, Jim Kelly, Kieh Shih, Bolo Yeung. Zdjęcia: Gil Hubbs Muzyka: Lalo Schifrin
Ponadczasowa estyma "Wejścia smoka" wydaje się cokolwiek przesadzona. Film Roberta Clouse'a ani nie wyróżnia się na polu kina kopanego, ani nawet nie jest najlepszym filmem z udziałem Bruce'a Lee. Co jednak czyni go wyjątkowym, to właśnie jego obecność - magnetyczna, wyrastająca ponad ekranową egzystencję typowego bohatera kina sensacyjnego. Celnymi kopniakami Lee przebił się do masowej świadomości - pokoleniu naszych ojców pomógł uwierzyć, że siła pięści to także siła intelektu, a swoich następców uczył (z różnym rezultatem), że sztuki walki nie da się wykuć na pamięć, trzeba ją zrozumieć.

"Wejście smoka" nie jest jednak jego szczytowym osiągnięciem. Wręcz przeciwnie, w pewnym stopniu sprzeniewierza się talentowi i ambicjom Lee, a dla niektórych jest wręcz objawem jego próżności. Zafascynowani talentem chińskiego zabijaki Amerykanie zdecydowali się na realizację filmu akurat w chwili, gdy Lee kręcił w Hongkongu swoje niedoszłe opus magnum - "Grę śmierci". Skuszony perspektywą zaistnienia w Hollywood ("Wejście..." miało być pierwszą mainstreamową produkcją z azjatyckim aktorem w roli głównej), przerwał prace nad swoim filmem. Do wymarzonego projektu nigdy nie powrócił* - krótko po ukończeniu zdjęć do "Wejścia smoka" zmarł. Gdy trzy i pół tygodnia później, w kontrowersyjnych okolicznościach (pojawiły się pogłoski, że za śmierć Lee odpowiadają chińskie triady) film wszedł na ekrany, publiczność oszalała.

Dlaczego? Tego dowiecie się z dwupłytowego wydania "Wejścia...", wypuszczonego przed siedmioma laty z okazji 30 rocznicy jego powstania. Sam film, wbrew pozorom, odpowiedzi na pytanie o istotę fenomenu Lee nie udziela. Jego udział w pierwszym - jak podkreśla się w niemal każdym zwiastunie - wyprodukowanym przez hollywoodzkie studio filmie kung fu jest cokolwiek... niespełniony. Producenci "Wejścia...", pełni niewiary w komercyjny potencjał znanego wówczas głównie na dalekim wschodzie aktora, dali mu wsparcie w postaci telewizyjnego bożka Johna Saxona i wschodzącej gwiazdy kina blaxploitation Jima Kelly'ego. Zupełnie niepotrzebnie - hipnotyzująca persona Bruce'a zepchnęła ich do roli drugoplanowych wyrobników.

Więcej o kulisach powstania samego filmu dowiecie się ze standardowego komentarza i półgodzinnego making of - oba nagrane z okazji trzydziestolecia "Wejścia...", zbudowane na zasadzie ciągu wspomnieniowych anegdotek. W komentarzu posłuchać możemy wywodów producenta Paula Hellera (z gościnnym udziałem scenarzysty Michaela Allina), w dokumencie zaś towarzyszą im m.in. John Saxon, kompozytor Lalo Schifrin, przyjaciel Lee James Coburn, karateka Robert Wall (w filmie grał rolę opryszka O'Hary) czy Sammo Hung Kam Bo.
WYDANIE DVD/BLU
(30th Anniversary Two-Disc Special Edition) 2003 - dvd, 2007 - blu-ray, Warner Home Video
Obraz: 2.40:1
Dźwięk: angielski 5.1, francuski, włoski 1.0
Napisy: angielskie, francuskie, włoskie, niemieckie, hiszpańskie, arabskie, bułgarskie, rumuńskie, holenderskie
Dodatki: Commentary by Paul Heller, Blood and Steel: Making of 'Enter the Dragon' (30'13), Bruce Lee: In His Own Words (19'20), Linda Lee Cadwell interview gallery (16'04), 1973 featurette (07'39), Backyard workout with Bruce (01'53), Curse of the Dragon (87'27), Bruce Lee: A Warrior's Journey (99'58), Theatrical trailers (03'27), TV spots (05'45)
Dostępność w Polsce: Tak

Najciekawsze materiały tego wydania nie dotyczą jednak filmu, a samego Bruce'a. Znajdziecie wśród nich 20-minutowy mini-dokument "Bruce Lee: In His Own Words" zawierający miks jego archiwalnych wypowiedzi, niewiele krótszy wywiad z jego ówczesną żoną Lindą Lee Cadwell, a także krótki reportaż z czasów premiery filmu i prawdziwy skarb - amatorski materiał przedstawiający Bruce'a rozgrzewającego się we własnym ogródku.

Właściwą esencją wydania są dwa pełnometrażowe dokumenty zawarte na bonusowej płycie. Pierwszy z nich, "Curse of the Dragon" (1993), to typowy, ale i kompetentny materiał biograficzny 'od A do Z', składający się z wyczerpujących wywiadów z przyjaciółmi, współpracownikami i rodziną (syn Brandon zdążył nagrać swoje wypowiedzi na krótko przed tragiczną śmiercią). Drugi dokument sięga nieco dalej, głębiej. "Bruce Lee: A Warrior's Journey" (2000) skupia się na ostatnich latach życia chińskiego gwiazdora, przybliża filozofię jaką się kierował, ale przede wszystkim obrazuje skomplikowany i zaawansowany proces realizacji nieukończonej przez niego "Gry śmierci".

Ukoronowaniem filmu jest profesjonalny, wcześniej nieprezentowany montaż przeszło 30 minut nakręconego przez Lee materiału, zrealizowany w miarę możliwości (poszczególne fragmenty różnią się jakością obrazu, językiem - kantoński vs. angielski dubbing, mają dźwięk lub nie) i według długo poszukiwanych i skrzętnie studiowanych wskazówek samego autora. Powstała rzecz unikalna - blisko półgodzinna sekwencja finałowa "Gry śmierci", swego rodzaju director's cut filmu, który niedługo później trafił w zachłanne łapska hollywoodzkich producentów. Must-see, must-have.

Recenzowane wydanie pochodzi z Wielkiej Brytanii, ale jest dostępne także w Polsce.
Film pojawił się na dvd i blu-rayu, bez różnic w specyfikacji czy dodatkach.

* - kilka lat po jego śmierci podjęto decyzję o dokończeniu filmu; w haniebny sposób wykorzystano 11 ze 100 minut nakręconego przez Lee materiału, wykrzywiając tym samym fabularny i ideologiczny koncept całości, a jego samego zastąpiono dublerami, sztuczkami montażowymi i... wycinankami z dykty

Zmiany, zmiany, zmiany...

Tak, tak. Niedawna zmiana szaty graficznej to nie przypadek. Szykuje się parę kolejnych. Na przełomie listopada i grudnia ruszam z nowym projektem, który nie tyle zastąpi, co - miejmy nadzieję - rozszerzy możliwości obecnego bloga. Co, gdzie, jak? Na razie nic konkretnego nie powiem, dowiecie się niebawem. Póki co, parę słów o losach "Z górnej półki".

Nadal będę linkował tu odnośniki do zewnętrznych publikacji i zamieszczał teksty "od siebie", ale coraz częściej zamiast na stronie głównej - w zakładkach u góry. Istotną częścią bloga stanie się za to tematyka dvd/blu-ray. "Z górnej półki" wróci tym samym do swoich pierwotnych założeń - na początku 2009, gdy po raz pierwszy pomyślałem o własnym blogu, pełnić miał on funkcję platformy dla recenzji zagranicznych, niedostępnych w Polsce wydań wartych uwagi filmów - zarówno tych wielkich, jak i mniejszych, szerzej nieznanych.

Wszystkich, którzy obawiają się w tym kontekście zalewu technicznego bełkotu, informuję, że w dalszym ciągu nacisk kładł będę na same filmy, ew. zawarty w danym wydaniu materiał dodatkowy. Szczegółowa specyfikacja dźwięku czy obrazu - póki dorównuje przyjętym normom - traktowana będzi marginalnie. Sporo miejsca będę poświęcał wydaniom zagranicznym, ale - w stopniu zależnym od rozwoju zapowiadanego wyżej projektu - znajdę też czas, by przyglądać się naszemu mocno zacofanemu rynkowi.

Chciałbym, by z czasem blog ten przekształcił się w rzetelne źródło informacji o rynku dvd/blu-ray, zarówno amerykańskim, brytyjskim, jak i polskim (co istotne o tyle, że owego źródła w naszym kraju właściwie nie ma). Na to jednak potrzeba trochę mojego czasu i pracy oraz Waszej cierpliwości. Zapaleńców i wszystkich zainteresowanych tematyką zachęcam do przesyłania na adres e-mail sugestii dotyczących rozwoju strony.

czwartek, 11 listopada 2010

Notatnik filmowy: Tatuaż (2003) ***



Prawdziwy topór obusieczny. Jane Campion ukazuje mężczyzn takich, jakimi chcą ich widzieć feministki-szowinistki - obsesyjnych, impulsywnych, skupionych na swych żądzach. W tym samym czasie portretuje główną bohaterkę tak, jak owi mężczyźni chcieliby z kolei widzieć ją - jej seksualne przebudzenie zdaje się wynikać z "kurewskiej natury", jak powiedziałby jeden z bohaterów filmu, nie z braku sensualnych bodźców. Campion ostro szarżuje, zahaczając w "Tatuażu" o typowy błąd rozfeminizowanych reżyserek pokroju Catherine Breillat - manifest płci utożsamia z przekraczaniem obyczajowych barier. Nie tylko oszpeca i rozbiera grzeczną Meg Ryan, ale też zmusza ją do oglądania fellatio, jakiego nie powstydziłby się Vincent Gallo.

Ryan to nieoczywisty wybór. Urokliwa blondyneczka z komedii romantycznych o usposobieniu dziewczyny z sąsiedztwa budzi się w świecie, który mógłby stanowić niegodziwą alternatywę dla krainy Oz. Nowy Jork widziany oczami jej bohaterki, to obrosła miejskimi legendami kraina moralnego upadku, której istnienia nigdy jednoznacznie nie dowiedziono. Obskurne knajpy, ciemne zaułki, zarzygane klatki. Duszność, ciasnota i nieustanne zagrożenie. Nie zaśniesz spokojnie, bo być może pod Twoim oknem ktoś ćwiartuje właśnie zwłoki. Campion fantazjuje na temat świata zmitologizowanego przez Scorsese, De Palmę i komiksy Marvela, świadomie decydując się na pewną jego umowność.

W podobny sposób traktuje zresztą fabułę - wątłą i pretekstową, osadzoną w niezobowiązujących (do czasu!) realiach typowego slashera. Ale wrzucona do takiego świata bohaterka nie jest bynajmniej królową gimnazjalnego balu. Na zmęczonej, często pozbawionej makijażu twarzy Meg Ryan odciska się życiowa frustracja. Grana przez nią Frannie skrywa swoje lęki i pragnienia pod maską nauczycielki angielskiego - w swej nudnej fryzurze i nietrafionych okularach do czytania wygląda zupełnie zwyczajnie. A jednak, pod tą niepozorną powierzchownością kryje się niecierpliwa obserwatorka, głodna życia, głodna wrażeń. Na drugą stronę lustra przechodzi z własnej woli.

Mężczyźni są w tej posępnej Krainie Czarów niczym horda bezpańskich psów - błąkają się po okolicy, węsząc za swoją suką. Frannie jest dla nich łatwym celem. Potrzebują jej, by przełamać własne seksualne frustracje, dać upust żądzom, zdominować. Ich wzajemne relacje są czysto roszczeniowe, w żaden sposób nie przekładają się na uczucia. To swego rodzaju układ - świadome upodlenie w zamian za poczucie dominacji. W tym parszywym świecie nic innego się nie liczy. A może jednak? Campion wykazuje wiarę.

Frannie szuka własnej ekspresji od dawna, ale zażyła - i ukazana przez Campion za pomocą subtelnych impresji - relacja z siostrą (Jennifer Jason Leigh) uśpiła jej pragnienia na długie lata. Gdy w końcu na jej drodze pojawia się detektyw Malloy (Mark Ruffalo - prawdziwy kameleon), gbur i twardziel, ale jednocześnie wrażliwiec zamknięty w swej skorupie, autodestrukcja okazuje się ostatnią, desperacką próbą manifestacji własnych potrzeb.

Frannie i Malloy różnią się na płaszczyznach tak wielu, że w idealnym świecie nigdy by na siebie nie spojrzeli. Tu jednak, w mitycznym Nowym Jorku, ich drogi się krzyżują. Proste porozumienie wbrew zdrowemu rozsądkowi staje się iskierką nadziei. Szansą. Czyżbyśmy tak desperacko gonili za spełnieniem, że stało się ono wartością samą w sobie? Przez Campion przemawia względny cynizm, ale świadomość, że oto film schlebia staroświeckiemu (może nieco naiwnemu) przekonaniu, iż każdy - niezależnie od przybranej maski - potrzebuje bliskości drugiego człowieka, jest dziwnie kojąca.

wtorek, 9 listopada 2010

Amerykanin (2010) **



"(...) By oddzielić właściwą ułomność "Amerykanina" od tej powierzchownej, czysto odruchowej, wypada przyjrzeć się definicji filmowej nudy. Ta właściwa, zamierzona, nigdy nie ulega monotonii. Na ekranie zyskuje wymiar epicki, staje się niecierpliwą celebracją najmniejszych gestów, siedliskiem podskórnych emocji. Gdy Alain Delon przesiadywał w swym mieszkaniu w "Samuraju" Jean-Pierre'a Melville'a, jego introwertyczne zawieszenie miało wymiar egzystencjalny; gdy mierzył się ze swoim przeznaczeniem, dokonywał aktu autodestrukcji. Delon stał przed nami jako wytrawny artysta w swym fachu, wojownik, który - jak wskazywał tytuł - jedną miał tylko lukę w swym szczelnym pancerzu - miłość. George Clooney dzieli w "Amerykaninie" jego troski, ale w jednym się różni - jest tyko rzemieślnikiem, brak mu odwagi, by spojrzeć swemu przeznaczeniu w oczy. (...)"

Cały tekst TUTAJ, a na podstronie bloga znajdziecie zajawki opublikowanych w międzyczasie w Stopklatce, Hiro i WP recenzji: "Hej, skarbie", "Piły 3D", "Wygrać miłość", "Skrzydlatych świń", "Paranormal Activity" i "Podaj mi dłoń".