sobota, 23 lutego 2013

piątek, 22 lutego 2013

wtorek, 19 lutego 2013

Hitchcock #18: Tajny agent (1936)


Czwarty z rzędu wspólny thriller szpiegowski Hitchcocka i Charlesa Bennetta jest jednocześnie tym najbardziej kontrowersyjnym. Adaptacja popularnej powieści Josepha Conrada pod paroma względami wyprzedzała swój czas, dlatego premierę przyjęto z mieszanymi uczuciami. Dziś pozostaje jednym z najciekawszych dokonań Hitcha z tego okresu.

Bohaterem filmu jest tajemniczy pan Verloc (Oskar Homolka), zaangażowany terrorysta, który na co dzień wiedzie żywot… właściciela kina. Już w pierwszej scenie Verloc doprowadza do olbrzymiej awarii prądu w Londynie, a z kolejnych dowiadujemy się, że plany jego organizacji sięgają znacznie dalej. Pod względem fabularnym, na tym etapie jest to jeszcze dość przejrzysty kryminał, w którym stawką jest demaskacja utajnionej tożsamości. Żona bohatera (Sylvia Sidney) nie wie o jego drugim życiu, ale Scotland Yard jest już na tropie – w łaski pani Verloc niepostrzeżenie wkrada się pracujący pod przykrywką detektyw (John Loder).

Hitchcock długo bawi się w przeciąganie liny, klucząc pomiędzy trójką bohaterów, którzy wzajemnie się podchodzą – detektyw usiłuje zdemaskować kiniarza, kiniarz stara się wywieść w pole detektywa, a zakleszczona między fascynacją tym pierwszym, a przywiązaniem do tego drugiego kobieta usilnie chce ich zrozumieć. Na pół godziny przed końcem filmu dokonuje się jednak dość istotna wolta, która diametralnie zmienia ich wzajemne relacje i towarzyszące im motywy.


czwartek, 17 stycznia 2013

Hitchcock #17: Bałkany (1936)


Trzeci film Hitchcocka zrealizowany dla brytyjskiego oddziału Gaumontu nie jest tak dynamiczny jak "Człowiek, który wiedział za dużo" i tak wyrafinowany jak „39 kroków”, ale pod paroma względami okazuje się od nich ciekawszy i lepiej skonstruowany.

Zaczyna się od sfingowanej śmierci. Pisarz grany przez Johna Gielguda zostaje "uśmiercony" przez brytyjski wywiad i wysłany z tajną misją do Szwajcarii. Tam poznaje "przydzieloną" mu żonę (Madeleine Carroll) i sprzymierzeńca (Peter Lorre), z którymi wytropić ma niemieckich szpiegów. Jak to jednak u Hitchcocka bywa, nic nie jest takie, jakim się początkowo wydaje, a seria "tożsamościowych" pomyłek prowadzi do drastycznych konsekwencji. Hitch i współpracujący z nim po raz kolejny Charles Bennett nakładają kolejne warstwy prawdy jedną drugą, dodają do nich ślepy przypadek, a następnie przyglądają się czy i jak odnajdą się w tej plątaninie ich bohaterowie.

Obserwowanie trójki głównych bohaterów staje się w pewnym momencie clou seansu, a następująca w jego połowie bezsensowna i przypadkowa zbrodnia - ciekawym określnikiem ich charakterów. Ktoś będzie zbrodnią wstrząśnięty, kogoś innego w ogóle nie obejdzie...

środa, 9 stycznia 2013

7 ulubionych komiksów 2012


Nie jestem pewien, czy przeczytałem wystarczającą ilość albumów i czy w ogóle mam ku temu odpowiednie kompetencje, dlatego zamiast tworzyć jakąś wielce kontrowersyjną listę najlepszych komiksów minionego roku, postanowiłem wyszczególnić te, które - po prostu - najbardziej mi się podobały.

Kolejność przypadkowa. 


Bez końca

Gdyby William S. Burroughs tworzył komiksy, wyglądałyby pewnie tak, jak ten. Znakomity debiut Pawła Garwola i Romana Lipczyńskiego splata w sobie obsesyjne przywiązanie do detalu i paranoje wynikające z codziennej rutyny, ale jednocześnie jest to twór autonomiczny, zatopiony w tłumionych lękach pokolenia dzisiejszych dwudziesto- i trzydziestoparolatków. Dla mnie debiut roku.


Rozmówki polsko-angielskie

Autobiograficzny cykl anegdot zarobkowych z Wielkiej Brytanii, gdzie debiutująca tym komiksem Agata Wawryniuk udała się przed laty z przyjaciółmi. Czasem bywa śmiesznie, czasem strasznie, ale niczego nie dyktuje tu - w przeciwieństwie do kilku głośniejszych rozliczeniówek tego typu - żal czy złość. Wspaniałe są za to detale - Wawryniuk celnie i sumiennie, choć rzadko w krzykliwy sposób, tropi absurdy brytyjskiego rynku pracy i polskiej nań inwazji, a pomysłowe kadry często służą jej za zręczną metaforę. Gdyby w Polsce istniał komiks "środka" (bo nie oszukujmy się, to u nas wciąż ekskluzywna, kulturalna nisza), tak właśnie mógłby wyglądać.

niedziela, 6 stycznia 2013

Hitchcock #16: 39 kroków (1935)


"39 kroków", najpopularniejszy z brytyjskich filmów Hitchcocka, stanowi naturalne przedłużenie wątków i możliwości podjętych rok wcześniej w "Człowieku, który wiedział za dużo". Alfred miał trochę czasu, by oswoić się z wolnością i budżetem, jakie gwarantował mu świeży kontrakt z brytyjskim oddziałem studia Gaumont, dlatego tym razem udało mu się uniknąć popełnionych przy tamtym projekcie błędów.

Oba filmy sporo łączy. Podobnie, jak w przypadku "Człowieka…", Hitchcock podjął współpracę z utalentowanym dramaturgiem i scenarzystą Charlesem Bennettem. O ile jednak przy fabule poprzedniego ich filmu pracowały jeszcze cztery inne osoby, tutaj za scenariusz odpowiadał wyłącznie on. Zmiany widać gołym okiem: intryga jest ciekawsza, bardziej żwawa i zaskakująca. Bennettowi można też przypisać obecność pierwszego z hitchcockowskich McGuffinów, czyli motywu popychającego fabułę, ale nie mającego nań żadnego wpływu. W tym przypadku jest nim sam tytuł, odwołujący się do nazwy organizacji szpiegowskiej, którą zdekonspirować chce główny bohater.

"39 kroków" to najdoskonalszy z thrillerów szpiegowskich, jakie Hitchcock z Bennettem zrobią w latach 30. (a będą to jeszcze m.in. "Tajny agent" czy "Bałkany") i wyraźny krok naprzód w stosunku do kilkunastu filmów nakręconych przez Hitcha dla British International Pictures. 

Hitchcock #1-15: Archiwum

W czerwcu na facebookowym fanpage’u bloga zapoczątkowałem cykl, w którym opisywałem kolejne tytuły z filmografii Alfreda Hitchcocka. Wpisy pojawiały się średnio trzy razy w tygodniu, a filmy dobierane były w kolejności, w jakiej zostały nakręcone. "Projekt" miał zakończyć się około października, ale ze względu na osobne obowiązki, w pewnym momencie musiałem go zawiesić. Teraz pora do niego wrócić.



Cykl podejmuję od numeru #16 - "39 kroków". Poprzednie odsłony (#1-15) zgromadzone są tutaj:

Hitchcock #1-8: 1925-1929. Lata nieme
Hitchcock #9-14: 1929-1932. Próba dźwięku
Hitchcock #15: ostatni wpis, o filmie "Człowiek, który wiedział za dużo"

czwartek, 15 listopada 2012

Hollywood (nie)znane: Louise Brooks


106 lat i 1 dzień temu urodziła się Louise Brooks, jedna z najbarwniejszych i najbardziej uzdolnionych gwiazd kina niemego, przedwcześnie zapomniana aktorka, która swoim stylem i charakterem przetarła szlaki dla Marleny Dietrich, Grety Garbo czy nawet słynnej Kiki z Montparnasse'u. Okrutnym żartem historii jest w tym kontekście fakt, że w powszechnej świadomości zapisała się raczej swoją charakterystyczną fryzurą (czarny bob z gładką grzywką), niż nieprzeciętnym talentem aktorskim i nieprzystającą do ówczesnego Hollywood dezynwolturą.

Pieszczotliwie nazywana Lulu, zaczynała na początku lat 20. jako tancerka i aktorka. Wystąpiła w kilku rewiach i popularnych filmach, ale zniechęcona wyzyskiem i katorżniczymi mechanizmami hollywoodzkiego systemu studyjnego, otwarcie nim gardziła. W 1929 zerwała kontrakt do ze studiem Paramount i wyjechała do Niemiec, gdzie zagrała w dwóch ikonicznych i przełomowych dzisiaj, ale ocenzurowanych i niedocenionych w dniu premiery filmach lokalnego eksperymentatora G.W. Pabsta - "Puszce Pandory" i "Dzienniku upadłej dziewczyny". Dziś oba stanowią zaskakującą wyrwę w hermetycznym profilu kina weimarskiego u progu kina dźwiękowego. 

To filmy świeże, dynamiczne, będące mieszaniną mocnej satyry społecznej i przysadzistego dramatu, otwarcie buntujące się przeciwko zakłamanej obyczajności swoich czasów. Brawurowo poprowadzone przez Pabsta, ale tętniące życiem głównie dzięki Brooks, zjawiskowej, dziewczęcej uwodzicielce w "czarnym hełmie", jak nazywano jej fryzurę. Postęp technologiczny i skomplikowana sytuacja polityczna w Europie nie sprzyjały jednak kinu Pabsta - w dniu premiery, okaleczone przez cenzurę, przepadło w zalewie komercyjnych produkcji dźwiękowych.

niedziela, 4 listopada 2012

Weekendowa rupieciarnia #1


Z trzech październikowych premier komiksowych Kultury Gniewu, "Nest" Marka Turka i "Wszystko zajęte" Marcina Podolca są tymi mniej przystępnymi i słabiej promowanymi pozycjami, siłą rzeczy przesuniętymi w cień przez przebojowe "Rozmówki polsko-angielskie" Agaty Wawryniuk. Albumy Turka i Podolca okazują się lekturą nieco bardziej hermetyczną - nie tylko zamkniętą w swoim ściśle określonym koncepcie, ale wręcz niechętnie otwierającą się na przygodnego czytelnika. Zrozumieć je w pełni, to powrócić do nich więcej niż raz i wyłapać niuanse, które dotąd pozostawały w ukryciu. 

Takie jest zwłaszcza "Wszystko zajęte", obyczajowa opowieść o dwóch braciach prowadzących zakład pogrzebowy. Historia ich relacji ze sobą i innymi ludźmi utkana jest z dziesiątek pustych kadrów i niezbyt wielu słów, które raz układają się w logicznie spójną całość, kiedy indziej zaś stanowią pretekst, by wpisać część wydarzeń w nierzeczywisty nawias. Ale bez względu na to, na jaką interpretację się zdecydujemy, komiks Podolca będzie gorzką, wypełnioną silnymi doznaniami opowieścią o poszukiwaniu swojego miejsca w świecie, który nie funkcjonuje zgodnie z wpojonymi nam zasadami. Czy dlatego, że każdy stosuje w nim swoje własne?

"Wszystko zajęte" to gęsta plątanina emocji, spośród których na pierwszy plan wysuwa się niespełnienie, potrafiące sprowadzić na ziemię w najbardziej nieoczekiwanych chwilach. Autor podchodzi jednak do wymowy swojego dzieła 
z pewną nonszalancją i przewrotnością, już w króciutkim wprowadzeniu zaznaczając, że na pewno wiedział jedno: co by się nie działo, na końcu jego bohater (ten ważniejszy z dwóch braci) będzie się uśmiechał.

niedziela, 28 października 2012

Dzielnica Lakeview (2008)


Gdy wkładałem do odtwarzacza płytę z "Dzielnicą Lakeview", z tyłu głowy zamigała mi czerwona, ostrzegawcza lampka. Kiedyś już widziałem film o gliniarzu nękającym niewinną parę - w "Unlawful Entry" Jonathana Kaplana, przetłumaczonym u nas jako "Obsesja namiętności", Ray Liotta napastował Kurta Russella i Madeleine Stowe. Nie był to udany seans: nieumiejętnie prowadzona, pisana wielkimi literami intryga z każdą minutą coraz bardziej spalała się w hollywoodzkim tłuszczu. 

Film Neila LaBute'a, skompromitowanego zaledwie dwa lata wcześniej tandeciarskim "Kultem" z Nicolasem Cage'em, w pierwszej chwili zdawał się pochodzić z tej samej patelni. Tymczasem już od pierwszej sceny jest to kino zupełnie innej klasy.

"Dzielnica..." wpisuje się w jeden z bardziej ogranych schematów gatunkowych: młode małżeństwo wprowadza się do nowego domu, nie wiedząc, że za sąsiada ma niebezpiecznego psychopatę. Rzeczą, która wyróżnia jednak film LaBute'a na tle dziesiątek podobnych produkcji, jest poszerzona perspektywa całej sytuacji.